Pokazywanie postów oznaczonych etykietą espana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą espana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 grudnia 2012

will lead us all.


valladolid, październik '10.

 'as i stood there, suddenly, no, not suddenly, but in a sort of driving heave, the whole sea surged, it was not a wave, but a smooth rolling swell that seemed to come up from the deeps, as if something vast down there had stirred itself, and i was lifted briefly and carried a little way toward the shore and then was set down on my feet as before, as if nothing had happened. and indeed nothing had happened, a momentous nothing, just another of the great world’s shrugs of indifference. a nurse came out then to fetch me, and i turned and followed her inside, and it was as if i were walking into the sea.'
(john banville - the sea)

 that's what's up.

czwartek, 29 listopada 2012

when the night inverts us.


luanco, hiszpania, listopad '10.
piękna, ciepła jesień była tam.

 'miejsce jest zawsze czymś więcej niż samym miejscem: jesteśmy nim bowiem po trosze i my. w jakiś sposób, bezwiednie, nosimy je w sobie i pewnego dnia, przypadkiem, docieramy do niego. docieramy lub nie, ale miejsce nie ponosi za to odpowiedzialności, to zależy od nas. zależy od tego, jak je odczytujemy, od naszej gotowości objęcia do wzrokiem i przyjęcia w nas samych, od tego, czy jesteśmy weseli, czy smutni, radośni czy rozdrażnieni, młodzi czy starzy, czy czujemy się dobrze albo czy boli nas brzuch. zależy od tego, kim jesteśmy w chwili znalezienia się w nim. takich rzeczy uczymy się z czasem, przede wszystkim podróżując.'
(a. tabucchi - podróże i inne podróże)

  hollow.

środa, 19 września 2012

in love with that place.


sant feliu, girona.

 'po drugiej stronie widniał "szkic o uczciwości intelektualnej".
 - chciałbym, żeby pani to wzięła.
było tam zapisanych sześć tez, jedna po drugiej, drukowanymi literami, trochę ukośnymi, ale bardzo starannym pismem. pod ostatnią znajdowała się notatka, zapisana innym długopisem i kursywą. brzmiała tak: "w innym życiu będziemy uczciwi. będziemy potrafili milczeć"'
(a. baricco - city)

atlas.

czwartek, 12 kwietnia 2012

i long for a spark, for a light.


barcelona ulubiona.
napad nostalgii hiszpańskiej mam. oglądam zdjęcia i wspominam.

light all my lights.

czwartek, 5 stycznia 2012

and at once i knew...


lagos de covadonga, listopad '10. urywało głowy, o dachówkach nie wspominając. okoliczne drzewa wszystkie lekko pochylone.
dziś wietrznie. wiecznie wietrznie, taka myśl w mojej głowie wciąż. 2012 ciekawą pogodową mieszankę serwuje. w poniedziałek była wiosna, do dziś aura przeszła w zgoła listopadową. nie przechodząc po drodze przez lato ani zimę.

holocene.

wtorek, 4 października 2011

walking downtown gave me cold cold fingers.


rok temu. dokładnie. była hiszpania. były długie wieczory. dużo słońca. snucie się po uliczkach oviedo. zaglądanie przez okna do sklepów ze starociami na calle mon.
i, zupełnie przypadkiem, był johnny flynn. tak jak dziś.
warship.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

swim against the current with trust.


wywołuję słońce. jesień pod katedrą w oviedo.

to the grain.

środa, 19 stycznia 2011

gimme a lousy dime.


'jelly roll przy fortepianie, z braku lepszej perkusji delikatnie zaznaczał sobie rytm nogą; jelly roll mógł śpiewać mamie's blues, kołysząc się na boki, z oczami utkwionymi w reliefy na suficie czy też w muchę spacerującą tam i na powrót, a może to była plama, która pojawiała się i znikała w oczach jelly rolla. 2:19 done took my baby away... babs wsiadała już w życiu do tylu pociagów, lubiła jeździć, jeśli w końcu podróży ktoś na nią czekał, jeżeli ronald obejmował ją wpół tak czule, jak w tej chwili, wrysowując w jej skórę muzykę 2:17 will bring her back some day, oczywiście innego dnia jakiś inny pociąg przywiezie ją z powrotem, ale nie wiadomo, czy jelly roll będzie na tym peronie, przy tym fortepianie, o tej porze, gdy śpiewał bluesy mamie desdume, deszcz o pierwszej w nocy spadający za oknem paryskiej facjatki, mokre nogi i kurwa mrucząca if you can't give a dollar, gimme a lousy dime, babs mówiła takie rzeczy w cincinnati, wszystkie kobiety od czasu do czasu mówiły takie rzeczy w różnych miejscach, nawet w królewskich łożach, babs miała specjalne wyobrażenie na temat królewskiego łoża, w każdym razie jakaś kobieta musiała powiedzieć: if you can't give me a milion, gimme a lousy grand, wszystko jest kwestią proporcji, ale dlaczego fortepian jelli rolla tak smutno brzmi, jak ten deszcz, który jego, guya, obudził, a magę doprowadził do łez. a wonga z kawą ani śladu.'
(julio cortazar - gra w klasy)

blues.

wtorek, 18 stycznia 2011

places look the same, and we're the only difference.


północ hiszpanii, listopad. a kałuże zupełnie jak wczoraj na ruczaju. no, może błota mniej.

cayman islands.

sobota, 15 stycznia 2011

kilku dobrych chwil.


dworzec w oviedo, październikowy.
a kraków szary i senny, ale nic to. filmy daleko w noc w towarzystwie zacnym lubimy. śpiewanie o poranku również. i szarość niech się schowa.

trudno.

sobota, 25 grudnia 2010

wtorek, 23 listopada 2010

bardzo cicho krzyczeć.


dzień z cyklu: erasmusi się jednak czasem uczą. choć trudno w to uwierzyć.
i jeden z tych dni, kiedy mnie drażni wieczna hiszpańska mañana. bo dopóki prowadzący mi nie poda tematu prezentacji, mimo najszczerszych chęci nie mogę jej przygotować. a temat miał być na poczatku listopada i nadal czekam. eh.

czarny piesek gryzie światło.

poniedziałek, 22 listopada 2010

previous motifs growing increasingly unclear.


galicja zdobyta. z uczuciami mieszanymi bardzo.
santiago i la coruña piękne. kiedyś tam wrócę.
pogoda fatalna. przez całe dwa dni łącznie jakieś 20 minut słońca, z czego 10 wypadło gdzieś po drodze i świeciło nam na autokar. poza tym głównie lało, przez co temperatura odczuwalna jeszcze niższa niż ta i tak niska na termometrze.
no i masowe wycieczki z programem w stylu godzina na santiago, 5 godzin na imprezę w santiago to niekoniecznie mój styl zwiedzania nowych miejsc. ale nic to, następny wyjazd tuż tuż, odbiję sobie.
a potem dom. coraz bliżej. już się cieszę.

homesick.

środa, 17 listopada 2010

tout disparaîtra mais.

'what is meant by 'reality'? it would seem to be something very erratic, very undependable - now to be found in a dusty road, now in a scrap of newspaper in the street, now a daffodil in the sun. it lights up a group in the room and stumps some casual saying. it overwhelms one walking home beneath the stars and makes the silent world more real than the world of speech - and then there it is again in an omnibus in the uproar of piccadilly. sometimes, too, it seems to dwell in shapes too far away for us to discern what their nature is. but whatever it touches, it fixes and makes permanent. that is what remains when the skin of the day has been cast into the hedge, that is what is left of past time and of our loves and hates.'
(virginia woolf, a room of one's own.)

des taxis pour les galaxies.

poniedziałek, 15 listopada 2010

and the song in my heart is a tune for the journeyman's tale.


w sobotę nas zaniosło do covadongi. a później nad pobliskie jeziora. widać zaśnieżone picos de europa. a wystarczy się odwrócić, żeby zobaczyć oddalony o niecałe 30 kilometrów ocean gdzieś w dole.

the water sustains me without even trying.

niedziela, 17 października 2010

comes wrapped in songs.


i co, że pomnik? pomnikowi też się coś od życia należy - chociaż kawałek gumy do żucia. z valladolid.
wczoraj wypad do parque principado, czyli krainy zakupowej rozpusty. wróciłam zaopatrzona między innymi w wór szpinaku, zapas owoców i koc z ikei.
a niedziela upływa sobie leniwie przy akompaniamencie edith piaf i joni mitchell.

ladies.

środa, 13 października 2010

let me down now.


z okazji dnia kolumba wyskoczyliśmy do valladolid. czyli pobudka o 6 - przy tutejszych warunkach w środku nocy. już koło 9 zaczęło się robić jasno. a na miejscu parę godzin łażenia, śmiania się do bolących policzków, picia kawy w słońcu, studiowania hiszpańskiej prasy (ilość stron poświęconych piłce nożnej mnie przeraziła i ograniczyłam się do artykułu o llosie) i odkrywania w sobie asturiańskiego patriotyzmu lokalnego. dobry dzień.

anvil.

sobota, 9 października 2010

bubbles on the skin.


'actually i am not arguing for my way. an argument indicates a set frame of mind by those who participate, and to remain fluid, ready to change, indeed eager to, is the only way to grow. personal growth is all that counts. not, am i greater than another, but am i greater than i was last year or yesterday. each of us is in a certain stage of development and it would be a drab world if we all thought alike.'
(edward weston)

ku-ku.

czwartek, 7 października 2010

ties me here.


'nasze języki ojczyste są jak otoczenie, w którym całkowicie się zanurzamy. zmieniają nasz sposób widzenia. tak więc jeśli mówilibyśmy po chińsku, to mielibyśmy inne zmysły słuchu, węchu i dotyku.'
(h. m. mcluhan)

kurs hiszpańskiego się zaczyna. zobaczymy.

foreign tongue.

wtorek, 5 października 2010

sketches.

lubię te leniwe hiszpańskie poniedziałki, jak wczorajszy. ze spokojnym przechadzaniem się po uliczkach miasta. a wieczorem kultywowanie sieciowych znajomości (oviedo pozdrawia londyn:) ) i snucie planów. mnóstwa planów.
i dużo do słuchania. bo jesień nastraja nostalgicznie. zatem dla powspominania zeszłoroczna muzyka listopadowa i grudniowa.

a dziś miles.