Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samożycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samożycie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 sierpnia 2010

without my heart what can i do?


dzień snucia się po stolicy i chłonięcia drobiazgów. uliczka pełna turystów z różnych zakątków świata, dwa piętra wyżej pani w bieliźnie wychyla się z okna, żeby sprawdzić temperaturę. w archikatedrze pan z namaszczeniem przeciera kratkę konfesjonału szmatką. na krakowskim przedmieściu siedzący między gigantycznym leninem a dorównującym mu rozmiarami piłsudskim długowłosy trębacz z marsylianki płynnie przechodzi w rotę. pod kolumną zygmunta ktoś nagle głośno śpiewa 'let's get it started', kilkanaście metrów od niego pan w kontuszu ma przerwę na papierosa.
mnóstwo wszystkiego, a wystarczy zamknąć oczy i znów jestem w stodole, w małej skaczącej grupce w środku tłumu. i fantastycznie jest.

idle days.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

pay attention to all the people.


lato nad morzem. sprzed lat paru.

rowerzyści na moim wydziale mogą się poczuć prawie jak kierowcy. z braku wycieraczki, dziś po wyjściu z uczelni zastałam reklamę w koszyku rowerowym. nie posiadający koszyków mieli swoje ulotki zatknięte za hamulce albo wetknięte w rozmaite szpary. niektóre zdesperowani ulotkarze zostawiali na ziemi obok rowerów. ciekawe, czy dotarły do adresatów.

y la bamba.

środa, 9 czerwca 2010

my choice is what i choose to do.



'"what's new?" is an interesting and broadening eternal question, but one which, if pursued exclusively, results only in an endless parade of trivia and fashion, the silt of tomorrow. i would like, instead, to be concerned with the question "what is best?," a question which cuts deeply rather than broadly, a question whose answers tend to move the silt downstream. there are eras of human history in which the channels of thought have been too deeply cut and no change was possible, and nothing new ever happened, and "best" was a matter of dogma, but that is not the situation now. now the stream of our common conciousness seems to be obliterating its own banks, losing its central direction and purpose, flooding the lowlands, disconnecting and isolating the highlands and to no particular purpose other than the wasteful fulfilment of its own internal momentum. some channel deepening seems called for.'
(robert m. pirsig - zen and the art of motorcycle maintenance)

na boku: informatyków strumień świadomości z dzisiejszego seminarium:
'i tu autor komentuje: "the proof is not difficult - but what a bore!'
'bore to też wietrło!'
'aha. czyli boredom - to gabinet dentystyczny?'

burn one down.

środa, 7 kwietnia 2010

darkness is a harsh term.


don't you think?

z drobnych radostek okołowielkanocnych - dialogi stołowe:
- nie wiecie przypadkiem, kto jest autorem tego mazurka?
- dąbrowski!

roll away your stone.

sobota, 20 marca 2010

speak to me, if you can.


ponoć za mundurem, i tak dalej. widać młody człowiek się przygotowuje już od dziecka.

usłyszane w autobusie dziś.
on: przejdź tam dalej.
ona: nie, bo tam jest słońce.
on (z pełnym czułości pobłażaniem): kochanie, słońce jest na niebie. tam to może świeci.

do posłuchania - odkrycie wczorajsze wieczorne.

sobota, 6 marca 2010

never turn the vinegar to jam, mein herr.


'jestem kamerą z otwartą migawką; całkowicie bierny, nie myślę, tylko rejestruję. rejestruję mężczyznę, który się goli w oknie naprzeciwko, i kobietę w kimonie, która myje włosy. pewnego dnia to wszystko zostanie wywołane, starannie odbite i utrwalone.'
(christopher isherwood - pożegnanie z berlinem)

z cyklu jak to się czasem wszystko ładnie składa: wczoraj w ramach nadrabiania filmowych zaległości zobaczyłam kabaret. dziś wpadłam na chwilkę do biblioteki, a z półki 'nasze nowości' zawołała mnie książka cytowana powyżej. z panią lizą minelli na okładce, w kabaterowym kapelusiku. no, nie mogłam po nią nie sięgnąć.
zatem, pani minelli. a na dokładkę pan bajor, który się zainspirował. z absolutnie niesamowitą dykcją, nawiasem mówiąc.

środa, 10 lutego 2010

what became of all the time.


piątek, grodzka.
a dziś zadziwił mnie pan widziany na przystanku autobusowym. ubrany w długi płaszcz. spod płaszcza wystawały spodnie. spod spodni... sandały. i żadnych skarpetek, nie myślcie sobie. i wcale nie sprawiał wrażenia zmarzniętego. czyli że temperatura - rzecz względna chyba.
do posłuchania pan ray jako geniusz kochający towarzystwo.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

białym płaszczem.


świadomość ekologiczna w narodzie wzrasta. na moim bloku graffiti biodegradowalne. z motywującym przesłaniem na zimę, sesję, ogólny towarzyszący im weltschmerz i wszelkie przeciwności. już nawet się zdążyło trochę zdegradować od rana.

kolejna zimowa piosenka, bo dziś rano mnie powitały wiadomości o gołoledzi i śniegu w ilościach zdecydowanie przewyższających oczekiwania. (pani w telewizorze radziła przygotować sobie półtorej godziny na odśnieżanie. szczęśliwi piesi, albowiem za nich odśnieżają służby do tego przeznaczone. albo nie odśnieżają, wtedy zostaje kicanie przez zaspy.) a zarazem kolejny motyw muzyczny z cyklu ulubionych i tropionych w różnych wykonaniach i wariantach.

czwartek, 17 grudnia 2009

in truth i only really wanted to be...


kampus zimowy. choć te pączki niemal wiosennie wyglądają.
oficjalne zebrania i inne tego typu imprezy potrafią radosne być. teraz przegłosujemy ten wniosek. to jest zgodne z regulaminem, ale być może nie jest.
koncertowy wieczór. cudności.
a potem przystanek z gawlakiem i padający na nas z nieba brokat. też cudności.
***

wtorek, 15 grudnia 2009

oh so healthy in his body and his mind

uroczy obrazek wczesnozimowy dziś widziałam. berbeć malutki, taki pewnie do kolan mi sięgający. wielgachna czapa na głowie. w jednej łapce łopatka, w drugiej grabki. i pracowicie próbuje wykopać dołek w śniegu. to znaczy, w tej kilkumilimetrowej warstewce pokrywającej parking, na którym stoi. no rozczuliłam się.
ostatnio duża rotacja wśród moich melodii budzikowych panuje. od paru dni mam taki. od razu się weselej wstaje.

sobota, 5 grudnia 2009

turned my life over and over again

po wczorajszym dniu przejście przez rynek późnym popołudniem było jak wisienka na torcie. i w oparach absurdu lekkich. już na szewskiej zostałam poinformowana, że magnez w wodzie dobrze robi na zdrowie. informacja sama w sobie nie robi wrażenia, bardziej jej źródło. którym to źródłem było stado świętych mikołajów. w pełnym rynsztunku i nawet z policyjną obstawą. kolejny mikołaj stał na scenie na rynku i dopytywał się, czy dzieci już umią kolędę. wrażeń dopełniła okazja do obcowania z poezją. tym razem poezja objawiła się na ścianie goethe institut, w formie następującej:

kto rzeczywiście liże i maca
temu się zawsze bardzo opłaca
ta trudna praca

podobno to pan zabłocki popełnił. ciekawe.
a poza tym wczoraj był dzień spotkań. dłuższych i krótszych, planowanych i zupełnie przypadkowych, ale zawsze dobrych. wywołujących uśmiech.
a wcześniej w autobusie moje słuchawki poczęstowały mnie tym. i może to wina wszechobecnych już dekoracji, ale pierwsze kilkanaście sekund skojarzyło mi się ze świętami. takimi filmowymi. z wielką choinką na rockefeller center.

czwartek, 3 grudnia 2009

so what makes this place so nervous?

wstanie dziś z łóżka wymagało niemal nadludzkiego wysiłku. mimo, że wyraźnie po świcie dla odmiany. a przynajmniej jeśli wierzyć zegarkowi. po podniesieniu rolety, ze spodziewanego widoku zobaczyłam tylko fragmencik. to znaczy, barierkę balkony, reszta ginęła we wszechogarniającej białości. 'ukradli ruczaj', skomentowała radośnie sylwia, słysząc tę opowiastkę parę godzin później.

dzisiejsza piosenka wpadła mi w ucho wczoraj wieczorem późnym i chwilowo tam została.

wtorek, 1 grudnia 2009

pretty soon it may be costly

koty to wredne bestie czasem. scenka sprzed tygodnia. wieczór, smoleńsk. idę sobie spokojnie, przede mną gdzieś w oddali czarny kot. zbliżam się, a on wkracza do akcji. i nie tam, żeby próbował mi przejść drogę. nie, postanowił wejść idealnie pod moje stopy. niewiele brakowało, a sprawdziłabym, czy z konkurencji skok przez kota wyjdę z tarczą, czy z wybitymi zębami. takie milutkie zwierzątko.

a dziś w głowie gra mi tak.

środa, 25 listopada 2009

how i define my state of mind

scenka sprzed miesiąca mniej więcej. jadę sobie autobusem. książka w łapach, słuchawki w uszach, kontakt z otoczeniem mocno ograniczony. w pewnym momencie z zaczytania i zasłuchania wyrywa mnie scenka następująca. przy oknie stoją sobie dwie dziewczyny, rozmawiają, pokazują sobie coś w telefonach komórkowych. nagle od strony drzwi odzywa się do nich pan żul. 'co wy wyprawiacie?', krzyczy. 'jakimiś pierdołami się zajmujecie! a wiecie, kto dostał nobla z literatury?!?'
i cisnęło mi się na usta, że herta muller. ale jeszcze bardziej cisnął mi się uśmiech. ogromny.
***